Fotograf się nie spisał…

i nie mam zdjęć ze spotkanie w Bibliotece Portowej, a szkoda, bo nie zawsze tak długo się rozmawia już po oficjalnej części spotkania z czytelnikami. I to nie z jedną osobą, a ze wszystkimi.  Rozmawialiśmy o pisaniu i o czytaniu 🙂 O tym, że czasem ośmiolatkę trudno oderwać od książki, a licealiści nie czytają lektur. Zapewne nie wszyscy, ale sporo. O tym, że zamiłowanie do czytania wynosi się bardzo często z domu.  I jeszcze o tym, że książek w domach przybywa, a miejsca na nie już niekoniecznie.

Czwartek z kryminałem – trucizna

Otrucie to jeden z najstarszych i dobrze sprawdzony sposób na pozbawienie kogoś życia. Z zemsty, z obawy, z zazdrości czy dla zysku. Przez wieki trucizny, z pomocą których mordowano zmieniały się, czasem nawet niektóre z nich bywały „modne”, przeważnie dlatego, że łatwo było je zdobyć, a objawy zatrucia mylono z objawami chorób.

Niepodejrzewający niczego człowiek bólu brzucha i złego samopoczucia nie kojarzy od razu otruciem i zamachem na życie, a przyczyn będzie szukał gdzie indziej. Tak było również ponad sto lat temu w przypadku starego kolejarza z Rąboszewa.

Starszy mężczyzna wrócił z pracy na kolei w podłym nastroju, z bólem gardła i brzucha. Następnego dnia była niedziela i stary Klinkosz myślał, że się wykuruje w wolny dzień. Tak też się stało, dolegliwości ustały. Niestety wróciły następnego dnia po obiedzie, a mężczyzna czuł się tak fatalnie, że następnego dnia z trudem poszedł do pracy, a po powrocie żona kazała położyć mu się do łóżka.

Lekarza wezwano dopiero następnego dnia. Niestety medyk nie odkrył nic niepokojącego w stanie zdrowia pacjenta, a przypisane przez niego leki nie poskutkowały. Kolejarz męczył się przez kilka następnych dni i zmarł sześć dni po wystąpieniu pierwszych objawów choroby.

Nagła śmierć od razu spowodowała plotki sąsiadów, a z pobliskiego posterunku przyjechał żandarm. Od razu dowiedział się, kto najwięcej zyskuje na śmierci Klinkosza, a ponieważ objawy choroby pozwalały przypuszczać, że w grę może wchodzić otrucie, sprawdził, czy jego pierwszy podejrzany miał do niej dostęp. Okazało się, że tak, August Hinz ma trutkę na szczury (arszenik), a butelka z proszkiem nie jest pełna. W jego domu znaleziono też książeczkę oszczędnościową… żony zmarłego mężczyzny. To od razu wzbudziło podejrzenia, że Klinkoszowa i Hinz byli nie tylko sąsiadami, a mąż kobiety przeszkadzał im w romansie. Sąsiedzi od razu zaczęli tez spekulować na temat przyczyn śmierci zmarłej przed rokiem żony podejrzanego. Czy naprawdę były to suchoty? Przypomnieli sobie też rozmaite zdarzenia świadczące o dużej zażyłości tej dwójki.

Podczas sekcji zwłok stwierdzono, że Klinkoszowi podano fosfor i arszenik, i to w takiej ilości, że mogła ona uśmiercić siedem osób. Klinkosz został zamordowany, a sędzia śledczy musiał odpowiedzieć, w jaki sposób została mu podana trucizna, kto to zrobił i dlaczego. Okazję do otrucia miał zarówno Hinz, jak i Klinkoszowa, czy jednak to jedno z nich było sprawcą? Sędzia uznał, że ma wystarczające powody do aresztowania obojga i wysłania ich na długie lata do więzienia. Nie dawała mu jednak spokoju plotka dotycząca zmarłej żony Hinza i zarządził ekshumację. Jego podejrzenia potwierdziły się już po otwarciu trumny, zwłoki były wyjątkowo dobrze zachowane, co bywa efektem zatrucia arszenikiem.

 

Mimo że świadkowie twierdzili, że podejrzani mają romans, a mężczyzna żywił niechęć do własnej żony, Hinz nie przyznał się do winy. Zaprzeczał, że pozbył się rywala również wtedy, gdy aptekarz zeznał, że Hinz wypytywał go najpierw o trucizny, a potem chciał kupić arszenik bez zezwolenia. Takie jawne omawianie i kupowanie trucizny zaczęło budziło pewne zdziwienie sędziego. Przecież można było ją kupić nielegalnie, nie zostawiając śladów po transakcji. Podczas śledztwa wyjaśniło się też, dlaczego Klinkoszowa spędza wieczory w domu Hinza. Przyczyna okazała się niewinna, pomagała mu przy dzieciach.

Dwa trupy, ewidentne ślady otrucia, dwójka podejrzanych i całkiem niezły motyw. A jednak w tej sprawie nikogo nie skazano. Nie było dowodów na to, kto podał truciznę staremu kolejarzowi, a przypadku śmierci żony Hinza nie wzięto pod uwagę, bo… mężczyzna kupił truciznę po jej śmierci.

Morderca, kimkolwiek był, pozostał bezkarny.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad skutecznością trucizn? Jaka daje mordercy największą szansę na uniknięcie kary? Ta, którą trudno wykryć? A może jakaś nietypowa? Albo rzadko dostępna? Jakie macie propozycje?

Czwartek z kryminałem – morderstwo w zajezdni autobusowej

Dzisiaj kryminalna historia sprzed prawie trzydziestu lat (marzec 1988) i to taka, o której wspominałam w jednej ze swoich powieści („Spadkobierca”). Trochę starsi mieszkańcy Gdańska zapewne o niej słyszeli, bo przez jakiś czas wszyscy żyli tą sprawą.

Miejsce, w którym dokonano morderstwa mijam kilka razy w tygodniu, bo znajduje się mniej więcej kilometr od mojego domu. Prawie za każdym razem przypomina mi to wydarzenia, o których kiedyś czytałam. Teren bazy autobusowej i pracujące nawet w nocy warsztaty naprawcze na pozór nie wydają się dobrym terenem do popełnienia zbrodni, ale to właśnie takie miejsce wybrał sobie morderca. Z jego punktu widzenia miejsce było idealne: nie zaatakował nożem, nie udusił ani nie zastrzelił ofiary, a przejechał ją Ikarusem. Żeby mieć pewność – dwa razy, a potem odjechał, znikając za sąsiednim budynkiem. Morderca miał szczęście, nie było naocznych świadków.

 

 

Ze względu na brak dokumentów i obrażenia ofiarę trudno było zidentyfikować i dopiero sprawdzenie, którzy z pracowników nie stawili się do pracy pozwoliło na wysnucie podejrzenia, że chodzi o Jerzego Lisiuczka. Okazanie zwłok żonie potwierdziło identyfikację. Od pracowników bazy autobusowej milicji udało się również uzyskać rysopis mężczyzny, który mógł siedzieć za kierownicą Ikarusa. Niewysoki, wąsy, broda – to i nietypowe „narzędzie zbrodni” skierowało podejrzenia na jednego z pracowników WPK, co ciekawe wynajmującego pokój w domu ofiary. Taki zbieg okoliczności od razu wzbudził czujność milicji. Wkrótce okazało się jednak, że Wiesław Czubkosz ma alibi – potwierdzone między innymi przez żonę zamordowanego – a to wykluczało jego udział w morderstwie. Śledczy musieli szukać sprawcy gdzie indziej. Dopiero zmienione po kilku tygodniach zeznania kobiety pozwoliły odtworzyć przebieg wydarzeń.

Jak więc było naprawdę? W grę wchodził stary jak świat trójkąt. Lisiuczkowa poznała przyszłego mordercę zanim jeszcze wyszła za mąż. Wkrótce zostali kochankami, a następnie mężczyzna wprowadził się jako lokator do domu Lisiuczuków. Taki stan trwał przez jakiś czas, a kobieta obdarzała wdziękami męża i kochanka. Według Czubkosza w pewnym momencie coś się zmieniło, Lisiuczkowej przestał odpowiadać taki układ i namówiła go do morderstwa, chcąc pozbyć się męża. Nigdy jednak nie udowodniono jej tego i jeżeli rzeczywiście była inicjatorką zbrodni, to pozostała bezkarna.

Wiesław Czubkosz został skazany na 25 lat więzienia.

Czwartek z kryminałem

Jakiś czas temu na moim profilu autorskim zaczęłam pisać o zbrodniach, które zdarzyły się już jakiś czas temu i nie zajmują miejsca na pierwszych stronach gazet.

Ponieważ nie wszyscy korzystają z FB, to te krótkie teksty o morderstwach sprzed lat pojawią się również tutaj.