Socjal dystans bez maseczek

Według niektórych ( i to nie pana Zenka zbierającego złom), epidemii nie ma. Innego zdania są lekarze, ale co oni tam wiedzą.  Można już chodzić po ulicach bez maseczek, więc:

  • najlepiej stać w tłumie,
  • dystans 2 metrów zmniejszyć do 20 centymetrów,
  • rzucać się na szyję przy spotkaniach w dawno niewidzianymi znajomymi, szczególnie tymi starszymi
  • olewać żele dezynfekujące (bo nie ma epidemii, bo ja się nie zarażę, bo mam już bardzo suche dłonie – niepotrzebne skreślić)
  • obmacywać w sklepach chleb i inne artykuły łapami bez rękawiczek (przecież są niewygodne)
  • robić duże imprezy (śluby, komunie)

A może by tak trochę pouważać? Nie koniecznie siedząc w domu, ale jednak mając na uwadze, że COVID nadal jest być po prostu ostrożnym?

I nie, nie siedzę zabarykadowana w domu, ale staram staram się być ostrożna.

 

 

Pisanie na łonie natury

Może to brzmi trochę tak, jakbym wyjechała nad jezioro albo do lasu, ale po prostu siedzę na werandzie z laptopem na kolanach i tak piszę. To moje letnie miejsce pracy, przenoszę się tam, gdy tylko jest na tyle ciepło, że palce nie grabieją mi z zimna podczas pisania. Weranda jest spora, mieści się i stolik i fotel i krzesła ogrodowe. A także donice z pomidorami, na które popatruję z wyrzutem, po jakoś marnie rosną. A w każdym razie tak mi się wydaje. Nade mną szaleje kiwi, które w sezonie rośnie w oczach. Dosłownie. Teraz kwitnie, kwiatki spadają mi na klawiaturę, a w bąki całe dni zbierają pyłek. I bzyczą. Siedzę i piszę słuchając tego bzyczenia, świergotu ptaków, poszczekiwań psów i od czasu do czasu jakiejś kociej awantury. Sielanka. I nagle, gdzieś niedaleko odzywa się kosiarka. Cholera. Zakładam słuchawki, udało się wygłuszyć. Sąsiad kończy koszenie, bo ogródki nie są tu duże i mogę znowu napawać się ciszą. Do momentu aż ktoś nie zaczyna piłować czegoś piłą mechaniczną. Nie znam się na piłach, ale dźwięk jest upiorny. Rzucam wiązankę słów powszechnie uważanych za niecenzuralne i znikam w domu. Przeczekuję. A potem znowu wychodzę na zewnątrz.

Tak. Weranda, kawa, zieleń, odgłosy przyrody, to jest co sprzyja pisaniu. Piła mechaniczna i kosiarka nie. Chociaż może mogły by być pewnymi inspiracjami? Ale chyba bardziej do horroru 🙂

Czwartek ze zbrodnią – miejsca zbrodni

O miejscach zbrodni mogłabym opowiadać do znudzenia. Słuchaczy, nie mojego 😉  Wyobraźnie podsuwa mi rozmaite obrazy i analizuję je od razu pod kątem wykorzystania w powieściach. Wyobraźnia to jednak nie wszystko, robię masę zdjęć, które mają pomóc mi potem przy pisaniu. O miejscach zbrodni w kryminale policyjnym i kryminale retro rozmawialiśmy z Grzegorzem Skorupski blisko godzinę, a moglibyśmy dłużej. Różnice, podobieństwa, sposób opisywania, realia, dostosowanie do fabuły itd itp.  Posłuchajcie zresztą sami.

Miejsca zbrodni

Nudy?

Moja babcia mówiła: „inteligentny człowiek się nie nudzi”. No niby i fakt, w domu można znaleźć całkiem sporo zajęć i nie mam tu na myśli sprzątania. Tak więc:

  • pracuję
  • piszę ( to też praca, ale specjalnie to rozdzieliłam, właściwie mam dwa etaty)
  • czytam
  • ćwiczę
  • uczę się języków
  • oglądam filmy i programy
  • rozmawiam ze znajomymi
  • razem z Grzegorzem Skorupskim rozmawiamy na wizji
  • hoduję sadzonki pomidorków (zamierzam posadzić w ogródku)
  • ogarniam dom
  • i pewnie robię jeszcze pierdylion innych rzeczy

… i mam wrażenie nudy i monotonii. Eh….

Cykl spotkań wirtualnych „Czwartek ze zbrodnią”

Być może zauważyli już Państwo, że miniony czwartek (02.04.2020) razem z Grzegorzem Skorupskim spotkaliśmy się z Państwem na FB, żeby porozmawiać o książkach i wszystkim, co jest z nimi związane. Tematem przewodnim spotkania był morderca w kryminale retro i współczesnym policyjnym i to, w jaki sposób go tworzymy.

Chcecie poznać przepis na zbrodniarza? Posłuchajcie!

Czwartek ze zbrodnią

Skoncentrowani na jedzeniu?

Przymusowe odosobnienie nie powoduje u mnie chęci posprzątania całego domu i w związku z tym nie mam świeżo umytych okien, drzwi, parapetów i zrobionego porządku w książkach.  Można powiedzieć, że pod tym względem nic nie uległo zmianie. Natomiast jeżeli chodzi o jedzeni, jest zupełnie inaczej. Niby siedzę i piszę, domownicy też coś tam robią, a oprócz normalnych posiłków:

  1. Zrobiłam ser camembert (będzie zapas, co zmniejszy potrzeby wychodzenia z domu).
  2. Przygotowałam wędlinę długodojrzewającą (j.w)
  3. Córka zrobiła batony musli (czyszczenie spiżarni z resztek rozmaitych rodzajów płatków)
  4. Nastawiłam ziarenka do kiełkowania, żeby mieć zielenię pod rękę (rzodkiewka, rukola i mieszanka „ostra”, ale nie wiem, co się tam kryje).
  5. Mąż robi właśnie piwo.

A ruchu jakby trochę mniej. Dobrze, że od jakiegoś czasu jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami orbitreka i mimo że nie kocham go ponad życie, to jednak codziennie ćwiczę na nim.

PS Może powinnam zacząć pisać książkę kucharską? Albo kryminał, gdzie jedzenie będzie odgrywało zasadniczą rolę?